Granie w planszówki, oprócz chwały zwycięstwa, goryczy porażki, różnych, skrajnych emocji i iluś tam godzin ślęczenia nad planszami, kartami i kafelkami, dało mi jedną, najfajniejszą rzecz: nowych znajomych. Dawno, dawno temu, gdy jeszcze leżał śnieg, a mnie granie w knajpach z obcymi ludźmi wydawało się abstrakcją, pisałam o wieczorach planszówkowych w Cudownych Latach, na których poznałam Kasię z Projektora-wolontariatu studenckiego. Znajomość ta wykroczyła poza Cudowne mury i i zaprowadziła mnie do projektorowej ekipy, gdzie podczas wyjazdów na projekty z dzieciakami poznałam kolejnych, fajnych ludzi oraz ich znajomych. A skąd ta podróż sentymentalna przy okazji 36. gry? Ano stąd, że taką znajomą znajomej z Projektora jest Ania, która...gra w planszówki :D Historia zatoczyła więc koło. Niedawno właśnie Ania zapoznała mnie z grą, o której opowiadała mi kiedyś gdzieś na szlaku między Zawoją a Markowymi Szczawinami, wzbudzając moje niemałe zainteresowanie.
Gdy zobaczyłam to wielkie pudło, niczym z Osadników z Catanu pomyślałam, że to będzie pewnie taka gra ryjąca mózg na godzinę, a tu okazuje się, że szast-prast i po 20 minutach jest po grze. Naprawdę to baaardzo szybka gra, gdy się wdrożyłyśmy, kolejki leciały błyskawicznie. Moje ogólne odczucia są pozytywne, choć nie potrafię do końca ocenić tej gry. Jest niedosyt po jednej rozgrywce, zdecydowanie. Dominion należy do tych gier, do których z pewnością wrócę i wtedy może dodam jakieś post scriptum :).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz